Hej! To ja! Daję ci cząstkę siebie - zrób z nią co chcesz

W ramach wiosennej edycji festiwalu kontrkultury w Lublinie Tektura Fest Vol. 5 Tomek Maped, artysta zajmujący się street artem, poprowadził warsztaty dotyczące jednej z popularniejszych technik stosowanych w sztuce ulicy – szablonu. Festiwal jest sztandarowym cyklicznym wydarzeniem lubelskiej Przestrzeni Inicjatyw Twórczych Tektury.

_______

Z Tomaszem Mapedem rozmawia Alicja Burek


Powiedz o sobie kilka słów.
Nazywam się Tomasz Pizoń - Maped - tak podpisuję się od wielu lat. Zajmuję się legalną formą street artu. Prowadzę warsztaty ze sztuki ulicy - uczę podstaw konstruowania wielkoformatowych szablonów i plakatów. Staram się promować ideę odpowiedzialnego tworzenia i korzystania z przestrzeni publicznej.

Pracujesz anonimowo?
Poniekąd. Mam kilka różnych ksyw - pod różnymi prowadzę różne warsztaty, nawet używam kilku nazwisk i kilku imion.

Dlaczego zająłeś się akurat sztuką ulicy?
Do 13 roku życia mieszkałem na Śląsku, na środku wielkiego osiedla, gdzie biegała sobie bardzo popularna ekipa HDS i inne, których nazw nawet nie znałem. Robili fajne rzeczy, bardzo mi się to podobało. A czym skorupka za młodu nasiąknie tym już sobie jest nasiąknięta. Na Podlasiu, gdzie się potem przeprowadziłem, zupełnie nie było przestrzeni do malowania - na drzewach jednak się nie maluje – więc starałem się to jakoś obejść. Zacząłem robić instalacje, które umieszczałem w lesie. Miałem jakieś szesnaście lat, to były pierwsze rzeczy. Zdarzało mi się też latać z markerami, bo od tego najczęściej się zaczyna w sztuce ulicy – to takie zdobywanie odwagi w przestrzeni. I ta odwaga jest do tej roboty potrzebna.

Żeby robić street art trzeba...?
Trzeba znać miasto, swoją przestrzeń. Jak chcesz namalować obraz – najpierw poznajesz blejtram, a jak chcesz tworzyć sztukę na ulicach to taką kanwą jest dla ciebie cała przestrzeń miejska. I ja staram się bardzo żeby miejsca, w których maluję nie były przypadkowe. Wybór tej a nie innej ściany musi być uzasadniony.
Żeby się nauczyć miasta - a Lublin jest osiemnastym miastem, w którym w ciągu ostatnich dwunastu lat mieszkam - możesz na przykład podjąć pracę, która polega na rozklejaniu plakatów. Wtedy łatwo, szybko i przyjemnie poznajesz miasto i jego uliczki. Ewentualnie wsiądź w autobus, pojedź nie wiadomo gdzie i postaraj się znaleźć drogę do domu.

Prowadzisz w Tekturze warsztaty szablonu. Czy to znaczy, że szablon jest twoją ulubioną techniką?
To technika, z której prowadzę warsztaty od czterech czy pięciu lat. Jestem bardzo techniczny a szablon pozwala mi na dopracowanie nawet najmniejszych detali. Ale z drugiej strony od dwóch lat coraz bardziej odkrywam graffiti i mix media - można z tego wycisnąć naprawdę masę różnych rzeczy. Poza tym efekty graficzne są bogatsze, a ja lubię jak jest brudno (śmiech) - ludzie mówią, że jestem efekciarzem - może mają rację. Ja naprawdę lubię te efekty. To mój styl.

Jak wyjaśniłbyś osobie niewtajemniczonej w street art czym jest szablon?
Szablon jest matrycą do odbijania wielokrotnego za pomocą farb w spreju różnorakich wzorów i obrazów na dowolnej płaskiej powierzchni.

Dużo czasu zajmuje ci przygotowanie takiego szablonu?
To zależy od tego jaki to szablon. Robię je w różnych formatach (od formatu A5 do formatu 4m x 4m). Najdłużej jeden szablon wycinałem dwa tygodnie - codziennie po parę godzin. Była to rozeta 4m x 4m wzorowana na secesyjnych pracach Alfonsa Muchy. Ale kiedyś na przykład robiłem szablon, który był znacznie mniejszy, bo w formacie 1,5m x 0,5m. Była to klasyczna rycina techniczna - pociąg w przekroju - i tam była masa milimetrowych linii. Wycinałem ją przez pięć dni. Więc bywa bardzo różnie.
Przez cały ten proces tworzenia szablonu aż do momentu, w którym wycinasz ostatni element, możesz wprowadzać zmiany, poprawki. Możesz coś nakładać, dodawać, odejmować tak, że wychodząc w przestrzeń z szablonem i odbijając go, masz pewność, że jest to dopracowana rzecz, która nie będzie raziła swoim niedopracowaniem. Pozostawione przez ciebie odbicie ma ingerować w przestrzeń, ale nie może być inwazyjne. Najlepiej jest, gdy wtapia się w nią. Tak myślę.

Mówiłeś, że początki twojej przygody ze sztuką to instalacje, które robiłeś w lesie. Możesz powiedzieć o tym coś więcej?
Dwa lata temu poznałem w Lublinie gościa, który się nazywa Yak. Uczy architektury krajobrazu na KUL-u. Jest tam chyba asystentem w tej chwili, prowadzi ćwiczenia. Opowiedział mi kiedyś o projekcie zajęć, który przygotował dla swoich studentów – miał ich zabrać do lasu i kazać pozbierać patyczki, kamyczki, listki i wszystko co tam można znaleźć. Z tego co tam by wygrzebali mieliby potem skonstruować własny land art [sztuka ziemi – przyp. A. B.], w taki sposób, żeby nie ingerował on zbyt mocno w przestrzeń lasu i się tam jakoś odnajdował, a jednocześnie żeby nawiązywał do tej przestrzeni. Ja robiłem podobne rzeczy. Jedną z pierwszych prac zrobiłem scyzorykiem. Wybrałem się do Puszczy Białowieskiej. Rosły tam krzaki, które zawsze miały kulistą formę. Zacząłem w tym wycinać, rzeźbić. Te krzaki miały bardzo dużo drobnych patyczków i badyli. Wycinałem je tak, żeby zmienić ich formę.
Wtedy jeszcze nie myślałem o tym w kategoriach sztuki, była to dla mnie po prostu fajna zabawa. A że na Podlasiu do wyboru miałem: picie, ćpanie, siedzenie przed komputerem czy telewizorem albo właśnie chodzenie w przestrzeni i robienie w niej czegoś (co z reguły też się łączyło z tymi pozostałymi rzeczami, które nie są komputerem ani telewizorem), to wybrałem to ostatnie. Potem zacząłem wprowadzać do tych prac jeszcze elementy syntetyczne i tego żałuję. Robiłem elementy ze styropianu i wnosiłem je do lasu – budowałem szałasy, raz igloo. Ale w pewnym momencie skończyły mi się pieniądze (miałem wtedy 18 lat) i stwierdziłem, że nie mogę tego kontynuować. I przestałem.

A dlaczego żałujesz tego, że wprowadzałeś te elementy syntetyczne?
Żałuję, bo to co robiłem ze styropianem nawiązywało nijak do tej leśnej przestrzeni. Zaburzało ją, kolorystycznie nie pasowało to ni cholery. Choć część tych rzeczy robiłem w zimie.

Czy pokazywałeś komuś swoje pierwsze prace?
Nie, nawet nie mam dokumentacji tego – nie miałem aparatu, nie miałem telefonu z aparatem a zresztą nawet nie myślałem o dokumentacji. To była po prostu zabawa. Ale teraz już robię zdjęcia – w Internecie toczy się przecież drugie życie sztuki. A street artu tym bardziej, bo jest on z natury czymś bardzo ulotnym. Poza tym jak pojawiają się w przestrzeni miejskiej jakieś nielegalne malunki czy plakaty, to są one najczęściej od razu niszczone, zamalowywane, zdzierane. A dzięki dokumentacji te prace dalej jakoś tam funkcjonują - krążą sobie po sieci.

Pierwsza praca jaką zrobiłeś w Lublinie to...?
Yak zabrał mnie raz na warsztaty wikliny i od tamtej pory trochę wyplatam.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem w Lublinie był kibel dla psów, właśnie z wikliny – latarnia owinięta na dole prostą formą uplecioną z wikliny. Wyglądało to tak, jak gdyby latarnia wyrastała z tej plecionki. Był to taki ekskluzywny, wiklinowy kibelek dla psów. Zresztą on cały czas tam jest - w Ogrodzie Saskim, przy wąwozie.
Mam też taki zwyczaj, że zawsze żegnam zimę – przychodzę do ostatnich kupek śniegu i maluję je na kolor pomarańczowy, po czym naklejam tabliczkę z napisem: „Świeżo malowane!”. Staram się trochę miejskiego dowcipu umieścić w pracach... Potem już takiej kopy śniegu nie ma - bo się topi - ale ja jestem i czekam na kolejną zimę.
Niedawno ukazał się pierwszy w Polsce album prezentujący artystów streetartowych i ich realizacje. Czy można w związku z tym powiedzieć, że polska sztuka ulicy weszła już do mainstreamu czy też może nadal funkcjonuje na obrzeżach świata sztuki?
Street art nadal funkcjonuje przede wszystkim na obrzeżach świata sztuki. Proces wchodzenia sztuki ulicy do mainstreamu jest bardzo wolny. Powstają pojedyncze galerie streetartowe. W miastach zachodniej Polski takich jak Poznań, Wrocław i w Trójmieście jest dużo naprawdę dobrych artystów. Świetni grafficiarze są też w Bydgoszczy - mają tam już praktycznie wolną rękę do tworzenia w przestrzeni. Ale ciągle niewielu artystów street artu miało swoje wystawy.

A co powiesz o lubelskim street arcie?
Skromny. Ale przez to, że jest tutaj taki mix ludzi z całej Polski - jedna na bodajże trzy osoby to student przecież - to przewijają się przez to miasto osoby, które coś potrafią. Poza tym zjeżdżali się do Lublina guru polskiego street artu - niekoniecznie malowali, ale byli tu. Co ważne, w sztuce ulicy chodzi - tak samo jak w graffiti - o spotkanie ludzi siedzących w tym środowisku.

Czym jest dla ciebie miasto?
To przestrzeń publiczna. Powinniśmy mieć możliwość korzystania z tej przestrzeni. Bardzo podobał mi się artykuł Marcina Skrzypka w jednym z ZOOM-ów w zeszłym roku. Napisał tam świetną rzecz odnośnie używania przestrzeni miejskiej. Tekst był o ławeczce niedaleko Teatru Andersena. Koło tej ławki stał sobie swego czasu stoliczek. Przy tym stoliczku siedziało dwóch panów i piło sobie herbatkę. I to było normalne. Ci panowie po prostu sobie przynieśli ten stoliczek i to nie było tak, że tam działała jakaś knajpa czy coś podobnego. Nie był to jeden z popularnych i obleśnych ogródków piwnych. Oni po prostu sami sobie zagospodarowali teren. Korzystali z przestrzeni publicznej właśnie tak, jak z niej korzystać należy.
W pewnym momencie takie podejście do przestrzeni miejskiej zaczęło zanikać. Przestrzeń publiczna straciła na znaczeniu, stała się dla nas taką drogą z punktu A do punktu B, przy czym istotne są tu tylko punkty A i B, a sama droga nie ma żadnego znaczenia. I tu jest ogromne pole do popisu dla artystów streetartowych. Realizacja artowa, która pojawia się na trasie wiodącej z punktu A do punktu B pomaga wyrwać się z tego pędu, otwiera oczy, zatrzymuje, sprawia, że zaczynamy się poruszać krokiem spokojnym i miarowym, razem z sercem i oddechem. I to jest to, co także uwielbiam w szablonie. Obserwacja i działanie wymierzone w jasno sprecyzowany cel... A droga jest procesem. Kiedyś zrobiłem w Warszawie akcję plakatową, która polegała na tym, że przygotowałem cztery plakaty przedstawiające Dawida Michała Anioła – w naturalnej wielkości. To były czterowarstwowe szablony, bardzo wycyzelowane. Strasznie długo nad tym pracowałem. Przykleiłem je w paru miejscach m. in na pasażu Wiecha (okolice rotundy, ścisłe centrum stolicy). Swoje plakaty umieszczałem zawsze tam gdzie siedzieli menele, żeby wprowadzić w otaczającą ich przestrzeń choć troszkę sztuki. No i jeden z tych plakatów - właśnie na tym pasażu - przetrwał. Kiedyś jadąc tramwajem w tamtych okolicach - to było już po wyprowadzce z Warszawy - usłyszałem jak jakiś chłopaczek rozmawiając przez telefon powiedział: „To co, umawiamy się pod Dawidem?” – bardzo się ucieszyłem, bo pomyślałem: „O! To o moim Dawidzie pewnie.”. Nie miałem już nic więcej do załatwienia, więc poszedłem za tym gościem. Tak z ciekawości. Chciałem sprawdzić czy to faktycznie o mojego Dawida chodziło, bo to w końcu było już jakieś półtora roku od czasu kiedy tą realizację zrobiłem. I rzeczywiście poszedł pod Dawida na pasażu Wiecha. Dawid był już obdarty, niewiele tam z niego zostało. Ale był. Stał się nieodłącznym elementem przestrzeni, w której się pojawił. Sztuka kreuje przestrzeń i artysta musi sobie z tego zdawać sprawę. Dlatego do działaniach streetartowych potrzebna jest odpowiedzialność. Z przestrzeni trzeba korzystać rozsądnie.

A co myślisz o tagowaniu miasta?
Jestem przeciwny. Może inaczej - czasami zdarza się że tag [podpis pojawiający się w różnych miejscach, najczęściej wykonywany sprejem lub markerem - przyp. A. B.] jest technicznie dopracowany i jest to kawał ładnego graficznie podpisu, ale z reguły nie to jest podstawowym zamiarem artystów graficiarzy, którzy to robią. Samo środowisko street artu nie jest jednorodne. Jest kilka nurtów. Jest nurt wywodzący się z klasycznego malarstwa, instalacji czy rzeźby, ale jest też nurt wywodzący się z naturalnej chęci pokazania się i podkreślenia swojej obecności: „Ej, ja tu kurde jestem, zauważcie mnie!”. I tagi często bywają przejawem tego drugiego nurtu. Możesz tagować, ale niech to cholera będzie ładne!
Ja sam w ogóle tego nie robię i generalnie jestem przeciwny tej formie wandalizmu. Ludzie mówią, że taką formą tagowania są wlepki [wszelkiego rodzaju naklejki, mogą być ręcznie rysowane albo drukowane – przyp. A. B.]. Ja swoje wlepki rozdaję innym. Sam ich nie rozklejam. Od 2004 roku zrobiłem około 10 tysięcy sztuk takich wlepek. Są w Afryce, są w Azji, w Stanach Zjednoczonych, w Ameryce Środkowej, w Kanadzie, a nawet na Grenlandii. Dużo czasu spędzam z ludźmi otwartymi na świat, którzy lubią podróżować. Daję im swoje wlepki. To tak jakbym mówił im: „Hej! To ja! Daję ci cząstkę siebie - zrób z nią co chcesz.”

Co miasto mogłoby twoim zdaniem zrobić, żeby być bardziej przyjaznym dla artystów ulicy?
Dużo! Kiedy składałem wniosek do urzędu miasta na farby, miasto się nie zgodziło. Gdybym był stowarzyszeniem, fundacją, festiwalem - a nie prywatnym artystą - to jestem pewien, że zgoda by była. Kiedy przychodzi chłopaczek z ulicy z prośbą o danie mu ściany albo pyta czy na tej ścianie może pomalować, to mu kurwa nie odmawiajcie, bo przychodzi gość, który chce coś robić legalnie. Jeżeli nie będzie miał legalnych otwartych przestrzeni (ale nie takich na obrzeżach miasta, bo taki człowiek też chce się pokazać, chce żeby jego praca została zauważona przez szerszą publiczność), to będzie chodził po mieście i malował gdziekolwiek i cokolwiek. A nawet jak nie będzie to cokolwiek, to będzie się śpieszył, będzie się bał, że go zaszczują, że złapie go policja i w efekcie realizacja nie będzie dopracowana. Wielu artystów streetartowych miało kontakt z policją, ja też miałem i efekty tego są różne (bywają pobicia, wygrane sprawy o fikcyjne przestępstwa z Kodeksu karnego, zastraszanie) – artystów ulicy często traktuje się jak kryminalistów. A tak nie powinno być. Jest oczywiście artykuł 63 Kodeksu wykroczeń, który mówi, że nie można umieszczać jakichkolwiek plakatów, afiszów, napisów i rysunków w miejscach publicznych do tego nie przeznaczonym albo bez zgody właściciela pod karą grzywny albo nawet pozbawienia wolności. Trzeba jednak umieć odróżnić takie rzeczy od sztuki. W sądzie pracują specjaliści z różnych dziedzin, są na przykład psycholodzy a nie ma ludzi znających się na sztuce, którzy włączani by byli w tego rodzaju sprawy. A przecież sztuka towarzyszy nam niemalże od początków naszego istnienia.
Artyści mogą też sami próbować otwierać przestrzeń miejską dla sztuki. Mogą starać się o ściany. W Warszawie (w Lublinie zresztą też – choć nie do końca to wyszło) zaproponowałem artystom ulicy właśnie zdobycie takich ścian: „Powiedzcie mi, które ściany was interesują, a ja wam pomogę je zalegalizować”. Nauczyłem się tego i mogę to przekazywać dalej. Niektórzy nie wiedzą jak się do tego zabrać, inni się boją albo zwyczajnie nie mają ochoty chodzić po urzędach - to źle świadczy o tych artystach, ale i nie najlepiej o systemie załatwiania spraw tokiem oficjalnym. Niestety efekt wspomnianych działań był słaby. Z trzydziestu osób, które się zgłosiły tylko pięć rzeczywiście coś próbowało zrobić, no i niektóre z wybranych ścian nie były do zalegalizowania – bo była na przykład ściana supermarketu, który ma swoją spójność wizualną, a nawet ściana na zabytku wpisanym do rejestru.

Wspomniałeś wcześniej, że nie ma społecznego przyzwolenia na sprej i inne streetartowe realizacje. Czy da się według ciebie coś z tym zrobić?
Społeczeństwo szybciej oswoiłoby się z tego typu sztuką, jeśli byłoby w przestrzeni miejskiej więcej prac tworzonych legalnie. Bo kiedy artysta ma szansę malować przez cały dzień, zrobić sobie przy tym grilla, spotkać się z ludźmi, którzy też się tym zajmują, może nawet wypić piwo - pomińmy już te detale, ale ważny jest cały ten klimat, który towarzyszy tworzeniu - to mogą wtedy naprawdę dopracować taką rzecz, zrobić z niej coś fajnego, wartościowego. Gdyby właśnie takich dopracowanych, a nie robionych na szybko prac pojawiało się w mieście więcej, to jestem pewien, że ludzie zaczęli by inaczej na to patrzeć, dostrzegać zalety takich realizacji. Ale niestety artyści jak na razie nie za wiele takich możliwości mają, więc malują tak jak malują – efektów nie trzeba komentować. W społeczeństwie pokutuje też przekonanie, że street art to wandalizm a nie sztuka. Warto więc podkreślić, że duża grupa ludzi zajmujących się tego rodzaju działalnością artystyczną to architekci, urbaniści, studenci historii sztuki, malarstwa, grafiki i innych kierunków związanych ze sztuką – ich prace są przemyślane i zaprojektowane z uwzględnieniem zasad kompozycji w przestrzeni.


Zdjęcia dzięki uprzejmości artysty



Maped to artysta ulicy działający od 2000 roku. Jest propagatorem wtłaczania sztuki w przestrzeń publiczną. Od kilku lat prowadzi dyskusje i udziela się w kwestiach dotyczących borykających z wandalizmem. Jest osobą chętnie reprezentującą w domach kultury i urzędach, zepchniętych do rynsztoka sztuki, grafficiarzy.
Przez wiele lat, w miastach rozsianych po wschodniej Europie prowadził warsztaty techniki szablonu. Przekazywał dalej wiedzę zdobytą od Wx2 (Polska), C215 (Francja), oraz Darka Paczkowskiego z 3fali(Polska).
Od 5 lat studiuje różne kierunki artystyczne od edukacji w zakresie sztuk plastycznych po rzeźbę.

(na podstawie strony: http://tektura.wordpress.com/ )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz