_______
Gabriela Rybak
Wrażliwość estetyczna mieszkańców Lublina jest już przybliżona do poziomu mentalnych przedmieść najkulturalniejszej stolicy Polski - Warszawy. Ten zgoła zacny, modny, a przede wszystkim pragmatycznie uprawomocniony stan umysłowy przybliża koziogrodzian do uzyskania statusu obywateli krainy będącej projekcją idealnego, przedpotopowego świata, w którym panowała bezwzględna miłość do bliźniego. Wiadomo, życie kulturalne mieszkańców W-wy jest skomplikowane, a przeciętny mieszkaniec Lubelszczyzny po pobycie w tym Rzymie sztuki, czuje się jakby szare ciało jego mózgu wytrzepała ubijaczka do piany, a sam organ został wlany później do formy i upieczony w piekarniku nastawionym na dwustustopniową szybkość zmian. I dobrze, bo arteodbiorca ma się w taki sposób czuć. Ma się czuć nienormalnie. Sztuka współczesna odrzucając spuściznę klasycyzmu, wyzbyła się ustalonych standardów estetycznych określanych przez większość mianem dobrego smaku. Wyrzeczono się także wzorców zachowań czyli najogólniej mówiąc – norm obyczajowych. Najważniejszymi gwarantami udanego dzieła są współcześnie: prowokacyjność, koniunkturalizm oraz wulgarność. Bez takiego zaplecza marketingowego, będącego żyrantem sukcesu artysty, ani rusz…
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transeuropa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transeuropa. Pokaż wszystkie posty
Naga Sztuka
_____
Szymon Pietrasiewicz
W ubiegłym tygodniu w Lublinie zakończył się festiwal Transeuropa, wydarzenie stawiające sobie za cel rozmowę na temat tolerancji, wykluczenia, problemów społecznych oraz „oswajanie” z innością. Czy osiągnął swój cel?
Od samego początku festiwalowi towarzyszyła aura skandalu, media prześcigały się w doniesieniach na temat utrudnień w realizacji w postaci odmowy wydruku pracy „Miasto Miłości” nadając temu cechy afery i potęgując napięcie. Zanim praca została pokazana publicznie lubelscy celebryci zaczęli się na niej odnajdywać, po mieście rozeszły się plotki o rzekomo jadącym na psie albo smoku marszałku Piłsudskim. Nie było trudno domyśleć się jaki będzie rezultat prezentacji oraz reakcja społeczna. Media dostały to czego chciały czyli tanią sensację, czytelnicy poczytną informację a internauci temat do komentowania, w końcu coś się dzieje! Z przerażeniem i bezradnością obserwowałem ten festiwal doniesień z frontu skandalu, jak to sztuka obraża mieszkańców Lublina, opluwa miejsca spływające krwią, albo hańbi ratusz tym, że sfinansował część Transeuropy. Po wszystkim przyszedł czas na refleksję i wyciągniecie wniosków. Ubolewam nad tym, że większość dziennikarzy i widzów „Miasta Miłości” zauważyła jedynie powierzchowną, wizualną stronę obrazu, czyli męskie akty nierzadko w wyuzdanych kompozycjach ciał. Twierdzę, że bardzo odważne a niekiedy nawet ordynarne, ale bez głębszej refleksji i kontekstu pozostają jedynie „bezeceństwem” czy „sodomą i gomorą”. Wniosek jest prosty, odbiorcy odarli ją z pasma tropów interpretacyjnych, nie spojrzeli przez pryzmat wcześniejszej działalności autora, która pokazuje, że niezłomnie dzieła w tym samym duchu od kilku lat i ta praca nie była wcale wybrykiem na potrzeby skandalu czy pretekstem do zaistnienia. Wnikliwy obserwator na spotkaniu z autorem zauważyłby jego mrugnięcie okiem do publiczności, dresowy kostium, czy soczyste słownictwo, które świadomie zburzyło wszelkie konwencje wernisaży, oficjalnych i snobistycznych spotkań. Zestawienie architektury klasycznej z elementami zabudowy Lublina wręcz nobilituje to miasto a nie kompromituje, usłyszałem że nieporozumieniem jest przerobienie zamkowego donżonu w kształty falliczne, faktycznie może wydawać się to kontrowersyjne, ale nie odbierajmy artyście prawa do wyobraźni i skojarzeń, każdy ma swoje ukryte pragnienia, w tym wypadku zostały one zikonizowane w taki sposób. Wszelkich tropicieli sensacji i stróżów moralności publicznej odsyłam do obrazu Hieronima Boscha „Ogród rozkoszy ziemskich”, który to przedstawia o wiele bardziej odważne sceny mariażu sacrum z profanum ocierające się o sodomię, w szkole można go zobaczyć na zajęciach z plastyki, czy wiedzy o kulturze. Przypominam, że to było średniowiecze a praca nie wywoływała nawet wtedy tylu emocji...
Szymon Pietrasiewicz
W ubiegłym tygodniu w Lublinie zakończył się festiwal Transeuropa, wydarzenie stawiające sobie za cel rozmowę na temat tolerancji, wykluczenia, problemów społecznych oraz „oswajanie” z innością. Czy osiągnął swój cel?
Od samego początku festiwalowi towarzyszyła aura skandalu, media prześcigały się w doniesieniach na temat utrudnień w realizacji w postaci odmowy wydruku pracy „Miasto Miłości” nadając temu cechy afery i potęgując napięcie. Zanim praca została pokazana publicznie lubelscy celebryci zaczęli się na niej odnajdywać, po mieście rozeszły się plotki o rzekomo jadącym na psie albo smoku marszałku Piłsudskim. Nie było trudno domyśleć się jaki będzie rezultat prezentacji oraz reakcja społeczna. Media dostały to czego chciały czyli tanią sensację, czytelnicy poczytną informację a internauci temat do komentowania, w końcu coś się dzieje! Z przerażeniem i bezradnością obserwowałem ten festiwal doniesień z frontu skandalu, jak to sztuka obraża mieszkańców Lublina, opluwa miejsca spływające krwią, albo hańbi ratusz tym, że sfinansował część Transeuropy. Po wszystkim przyszedł czas na refleksję i wyciągniecie wniosków. Ubolewam nad tym, że większość dziennikarzy i widzów „Miasta Miłości” zauważyła jedynie powierzchowną, wizualną stronę obrazu, czyli męskie akty nierzadko w wyuzdanych kompozycjach ciał. Twierdzę, że bardzo odważne a niekiedy nawet ordynarne, ale bez głębszej refleksji i kontekstu pozostają jedynie „bezeceństwem” czy „sodomą i gomorą”. Wniosek jest prosty, odbiorcy odarli ją z pasma tropów interpretacyjnych, nie spojrzeli przez pryzmat wcześniejszej działalności autora, która pokazuje, że niezłomnie dzieła w tym samym duchu od kilku lat i ta praca nie była wcale wybrykiem na potrzeby skandalu czy pretekstem do zaistnienia. Wnikliwy obserwator na spotkaniu z autorem zauważyłby jego mrugnięcie okiem do publiczności, dresowy kostium, czy soczyste słownictwo, które świadomie zburzyło wszelkie konwencje wernisaży, oficjalnych i snobistycznych spotkań. Zestawienie architektury klasycznej z elementami zabudowy Lublina wręcz nobilituje to miasto a nie kompromituje, usłyszałem że nieporozumieniem jest przerobienie zamkowego donżonu w kształty falliczne, faktycznie może wydawać się to kontrowersyjne, ale nie odbierajmy artyście prawa do wyobraźni i skojarzeń, każdy ma swoje ukryte pragnienia, w tym wypadku zostały one zikonizowane w taki sposób. Wszelkich tropicieli sensacji i stróżów moralności publicznej odsyłam do obrazu Hieronima Boscha „Ogród rozkoszy ziemskich”, który to przedstawia o wiele bardziej odważne sceny mariażu sacrum z profanum ocierające się o sodomię, w szkole można go zobaczyć na zajęciach z plastyki, czy wiedzy o kulturze. Przypominam, że to było średniowiecze a praca nie wywoływała nawet wtedy tylu emocji...
Za, poza, z drugiej strony
______
Alicja Burek
„Multi-kulti nie przejdzie. Wolność i tożsamość zamiast wysypiska kultur” – taki tekst widnieje na wlepkach, które od jakiegoś czasu masowo pojawiają się w lubelskiej przestrzeni miejskiej. Szlag mnie trafia, że w mieście, które stara się o miano Europejskiej Stolicy Kultury na niemalże każdej ulicy ścisłego centrum można się spotkać z tego typu „przyjazną” wlepką.
Z drugiej jednak strony, co jest nie lada paradoksem, wlepki te są swoistą terapią szokową przynoszącą pozytywne skutki – uświadamiają bowiem, że licho nie śpi i że naiwnym było sądzić, że Polacy to naród coraz bardziej otwarty, ceniący sobie demokrację (tę która szanuje mniejszości), równość (bez względu na rasę, narodowość, płeć, orientację seksualną czy religię) i wielokulturowość. Jak widać ciągle jednak zdarzają się akty nietolerancji i obecna jest mowa nienawiści, chociaż czasem nie nazywa się ich po imieniu - z lubelskiego podwórka za przykład może posłużyć casus Dyrektora Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN (ośrodek zajmuje się m. in. dokumentacją pamięci o żydowskich mieszkańcach Lublina) Tomasza Pietrasiewicza, któremu wybito w mieszkaniu szyby cegłami z narysowanymi nań swastykami, prokuratura jednak nie zakwalifikowała czynu jako antysemickiego [1].
Nie można chować głowy w piasek i udawać, że antysemityzm czy homofobia to zjawiska marginalne – bo choć rzeczywiście postawy te nie są powszechne, to jednak występują. A że ignorancja i przymykanie oczu na zło, które dzieje się pod naszym nosem jest co najmniej niewłaściwe, to i przechodzenie obok wspomnianych na początku wlepek (z pozoru nieszkodliwych – bo fizycznie nikogo nie krzywdzą, ale propagują przecież określone poglądy i w z związku z tym mogą wyzwalać agresję wobec niektórych grup społecznych) i niereagowanie na nie jest uchybieniem.
I w tym oto momencie słyszę jak podnosi się wielkie larum, a ja wpadam we własne sidła. Dlaczego? Bo - jak się zwykło mówić - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co najprościej rzecz ujmując oznacza, że definicja zła zależy od tego, po której stronie barykady się znajdujemy.
Alicja Burek
„Multi-kulti nie przejdzie. Wolność i tożsamość zamiast wysypiska kultur” – taki tekst widnieje na wlepkach, które od jakiegoś czasu masowo pojawiają się w lubelskiej przestrzeni miejskiej. Szlag mnie trafia, że w mieście, które stara się o miano Europejskiej Stolicy Kultury na niemalże każdej ulicy ścisłego centrum można się spotkać z tego typu „przyjazną” wlepką.
Z drugiej jednak strony, co jest nie lada paradoksem, wlepki te są swoistą terapią szokową przynoszącą pozytywne skutki – uświadamiają bowiem, że licho nie śpi i że naiwnym było sądzić, że Polacy to naród coraz bardziej otwarty, ceniący sobie demokrację (tę która szanuje mniejszości), równość (bez względu na rasę, narodowość, płeć, orientację seksualną czy religię) i wielokulturowość. Jak widać ciągle jednak zdarzają się akty nietolerancji i obecna jest mowa nienawiści, chociaż czasem nie nazywa się ich po imieniu - z lubelskiego podwórka za przykład może posłużyć casus Dyrektora Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN (ośrodek zajmuje się m. in. dokumentacją pamięci o żydowskich mieszkańcach Lublina) Tomasza Pietrasiewicza, któremu wybito w mieszkaniu szyby cegłami z narysowanymi nań swastykami, prokuratura jednak nie zakwalifikowała czynu jako antysemickiego [1].
Nie można chować głowy w piasek i udawać, że antysemityzm czy homofobia to zjawiska marginalne – bo choć rzeczywiście postawy te nie są powszechne, to jednak występują. A że ignorancja i przymykanie oczu na zło, które dzieje się pod naszym nosem jest co najmniej niewłaściwe, to i przechodzenie obok wspomnianych na początku wlepek (z pozoru nieszkodliwych – bo fizycznie nikogo nie krzywdzą, ale propagują przecież określone poglądy i w z związku z tym mogą wyzwalać agresję wobec niektórych grup społecznych) i niereagowanie na nie jest uchybieniem.
I w tym oto momencie słyszę jak podnosi się wielkie larum, a ja wpadam we własne sidła. Dlaczego? Bo - jak się zwykło mówić - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co najprościej rzecz ujmując oznacza, że definicja zła zależy od tego, po której stronie barykady się znajdujemy.
Bajanie Otwartej Konserwy, czyli o skandalu, którego nie było
_____
Michał Czyż
Na temat spotkania w Homo Faber 9 maja 2011, podczas którego dokonano prezentacji pracy Jej Performatywności pt. „Miasto Miłości”, legendy zaczęły krążyć jeszcze na długo przed ekshibicją dzieła. Trudno postmoderniście wiedzieć co to prawda i o jaki jej układ, wersję, definicję, opatrzenie, a przede wszystkim opłacenie miałoby chodzić. Niesprawiedliwym oraz skrajnie subiektywnym okiem dało się dostrzec kilka bajeczek na temat owego wydarzenia. Jako, że jestem posiadaczem takowego oka (niesprawiedliwego i skrajnie subiektywnego), spróbuję nakreślić obraz wcześniej wspomnianych bajek. A czytajcie uważnie, bowiem tak powstają urban legends.
Sama grafika przedstawia zastępy mężczyzn, którzy uprawiają miłość fizyczną. Owe zadawanie sobie przyjemności zostało przedstawione w sposób pornograficznie dosadny. Można by rzecz, że prężne męskie członki rozbijają ciemnogrodzkie mury uprzedzeń. Lublin, pozornie wielokulturowy i tolerancyjny potrzebuje - jak wyraził się artysta – lewatywy, która wyczyści miasto z zaściankowych kompleksów i ciasnej umysłowości. Mógłby ktoś powiedzieć, że miasto nie potrzebuje w ramach propagowania tolerancji, wzmożonej tolerancji na ostre, pornograficzne sceny – bo przecież popularność filmów porno przyczyniła się do obojętności wobec powierzchowności stosunków międzyludzkich. Ktoś mógłby tu protestować, ale kto? Podczas prezentacji dzieła zostaliśmy oświeceni, iż dosadność w pokazaniu miłości homoseksualnej ma nam uświadomić, że my – lublinianie – tak właśnie postrzegamy gejów – jako porno zboczeńców, którzy strzelają na prawo i lewo swoją homoseksualną spermą. Alternatywą wobec tego, jest nabycie tolerancji nie tylko wobec uczuciowości homoseksualnej, ale także stosunków fizycznych. A alternatywą wobec tej alternatywy jest: wołanie o miłość w pornograficznym świecie, której brakuje również i wśród tej grupy społecznej.
Być może zasadniczym celem prezentacji dzieła miało być preludium do dyskusji na temat wolności w sztuce. Jak wcześniej się rzekło, balon kontrowersji został nadmuchany po brzegi. Aż ciężko było odetchnąć w salce Homo Faber, aby komuś nie dmuchać na kark. W ciasnej atmosferze miała nastąpić dyskusja o wolność wyrazu, a dowodem na brak owej wolności miało być przekonanie o krążących po Lublinie neofaszystowskich bojówkach (pod przywództwem PISowskich polityków oraz kleru) polujących nie tylko na homoseksualistów, ale i na kontrowersyjnych artystów. Okazało się, że podczas dyskusji nie znalazł się żaden adwersarz, stanowczy przeciwnik prezentacji – jej formy artystycznej, jak i treści politycznej. Wśród co niektórych sceptyków krążyło pytanie „o co tyle krzyku?”. Znowu, ktoś (nie wiadomo kto, ale wiadomo, że taki ktoś jest "do pomyślenia") rzekłby, że pewni ludzie, aby jaskrawo zaistnieć potrzebują wpierw powołać sobie realnego, czy też wymyślonego wroga. Dopiero w opozycji ich pozycja umacnia się lub usprawiedliwia swoje istnienie. Skandalu nie było, kamieni również, Daniela Olbrychskiego wyskakującego z kąta z uniesioną szablą również zabrakło. Nikt wolności nie stłamsił.
O co więc chodzi? Może sartrowska Zła Wiara musiała potwierdzić istnieje wolności, pomacać ją, utrwalić, zdobyć przyczółek. A może taka to już praca w środowisku artystycznym: nakręcanie cyrku, aby móc wciąż dostawać pensję. A może po prostu Piotr Nazaruk włożył kij w mrowisko i puszczając oczko, z uśmiechem na twarzy, obserwował jak w przyszłej Europejskiej Stolicy… lud kultury podnieca się czymś, przez co większe miasta miały już okazje przejść jako pewien etap rozwoju/zachwytu nad kontrowersją i szokiem.
Michał Czyż
Na temat spotkania w Homo Faber 9 maja 2011, podczas którego dokonano prezentacji pracy Jej Performatywności pt. „Miasto Miłości”, legendy zaczęły krążyć jeszcze na długo przed ekshibicją dzieła. Trudno postmoderniście wiedzieć co to prawda i o jaki jej układ, wersję, definicję, opatrzenie, a przede wszystkim opłacenie miałoby chodzić. Niesprawiedliwym oraz skrajnie subiektywnym okiem dało się dostrzec kilka bajeczek na temat owego wydarzenia. Jako, że jestem posiadaczem takowego oka (niesprawiedliwego i skrajnie subiektywnego), spróbuję nakreślić obraz wcześniej wspomnianych bajek. A czytajcie uważnie, bowiem tak powstają urban legends.
Sama grafika przedstawia zastępy mężczyzn, którzy uprawiają miłość fizyczną. Owe zadawanie sobie przyjemności zostało przedstawione w sposób pornograficznie dosadny. Można by rzecz, że prężne męskie członki rozbijają ciemnogrodzkie mury uprzedzeń. Lublin, pozornie wielokulturowy i tolerancyjny potrzebuje - jak wyraził się artysta – lewatywy, która wyczyści miasto z zaściankowych kompleksów i ciasnej umysłowości. Mógłby ktoś powiedzieć, że miasto nie potrzebuje w ramach propagowania tolerancji, wzmożonej tolerancji na ostre, pornograficzne sceny – bo przecież popularność filmów porno przyczyniła się do obojętności wobec powierzchowności stosunków międzyludzkich. Ktoś mógłby tu protestować, ale kto? Podczas prezentacji dzieła zostaliśmy oświeceni, iż dosadność w pokazaniu miłości homoseksualnej ma nam uświadomić, że my – lublinianie – tak właśnie postrzegamy gejów – jako porno zboczeńców, którzy strzelają na prawo i lewo swoją homoseksualną spermą. Alternatywą wobec tego, jest nabycie tolerancji nie tylko wobec uczuciowości homoseksualnej, ale także stosunków fizycznych. A alternatywą wobec tej alternatywy jest: wołanie o miłość w pornograficznym świecie, której brakuje również i wśród tej grupy społecznej.Być może zasadniczym celem prezentacji dzieła miało być preludium do dyskusji na temat wolności w sztuce. Jak wcześniej się rzekło, balon kontrowersji został nadmuchany po brzegi. Aż ciężko było odetchnąć w salce Homo Faber, aby komuś nie dmuchać na kark. W ciasnej atmosferze miała nastąpić dyskusja o wolność wyrazu, a dowodem na brak owej wolności miało być przekonanie o krążących po Lublinie neofaszystowskich bojówkach (pod przywództwem PISowskich polityków oraz kleru) polujących nie tylko na homoseksualistów, ale i na kontrowersyjnych artystów. Okazało się, że podczas dyskusji nie znalazł się żaden adwersarz, stanowczy przeciwnik prezentacji – jej formy artystycznej, jak i treści politycznej. Wśród co niektórych sceptyków krążyło pytanie „o co tyle krzyku?”. Znowu, ktoś (nie wiadomo kto, ale wiadomo, że taki ktoś jest "do pomyślenia") rzekłby, że pewni ludzie, aby jaskrawo zaistnieć potrzebują wpierw powołać sobie realnego, czy też wymyślonego wroga. Dopiero w opozycji ich pozycja umacnia się lub usprawiedliwia swoje istnienie. Skandalu nie było, kamieni również, Daniela Olbrychskiego wyskakującego z kąta z uniesioną szablą również zabrakło. Nikt wolności nie stłamsił.
O co więc chodzi? Może sartrowska Zła Wiara musiała potwierdzić istnieje wolności, pomacać ją, utrwalić, zdobyć przyczółek. A może taka to już praca w środowisku artystycznym: nakręcanie cyrku, aby móc wciąż dostawać pensję. A może po prostu Piotr Nazaruk włożył kij w mrowisko i puszczając oczko, z uśmiechem na twarzy, obserwował jak w przyszłej Europejskiej Stolicy… lud kultury podnieca się czymś, przez co większe miasta miały już okazje przejść jako pewien etap rozwoju/zachwytu nad kontrowersją i szokiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
